piątek, 1 stycznia 2021

RELACJA: Warszawa - Dubaj - Hanoi w klasie ekonomicznej linii Emirates

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze można było swobodnie latać samolotami, wybrałem się linią Emirates z Warszawy do Wietnamu. Była to już moja ostatnia możliwość skorzystania ze zniżkowych biletów dla członków rodziny pracownika tej bliskowschodniej linii lotniczej. Bilety kosztowały grosze, jednak znów były one typu „stand-by”, czyli bez gwarancji miejsca. Bardziej szczegółowo możecie o nich przeczytać w mojej relacji z podróży do Tajlandii również na pokładzie Emirates. Jest też tam przykład tego, jak niepewne mogę być te bilety, chociaż to dopiero wracając z Wietnamu mogłem się poczuć jak Tom Hanks w filmie „Terminal” Spielberga.  Ale o tych moich przygodach – trochę później.

Planowałem zwiedzić trochę Wietnamu, więc bilety kupiłem w opcji „multi-city” – z Warszawy leciałem do Hanoi (oczywiście, skoro to Emirates, to z przesiadką w Dubaju), ale wracałem już z Sajgonu (Ho Chi Minh). W międzyczasie musiałem więc jeszcze pokonać ponad 1100 kilometrów (w linii prostej) dzielące oba te miasta. Pomogły mi w tym jednak wietnamskie tanie linie lotnicze Jetstar Pacific.

W Wietnamie chciałem spędzić miesiąc, czyli tyle na ile maksymalnie pozwala e-wiza, o którą trzeba aplikować jeszcze przed podróżą. Wspomniałem o niej więcej w tym poście, ale jeśli ktoś szuka szczegółowych informacji o różnego rodzaju wietnamskich wizach, to polecam wpis na blogu Plecak i Walizka. Chociaż aktualnie o podróży do Wietnamu można sobie tylko pomarzyć (ewentualnie poczytać o niej na blogu).



Lot EK180: Warszawa – Dubaj (WAW – DXB)

Lot Emirates z Warszawy planowany był na godzinę 13:25. Czas lotu to 5 godzin 40 minut. Odprawiłem się online poprzedniego dnia, ale dopiero przy zdaniu bagażu rejestrowanego na lotnisku dowiedziałem się, że polecę. 

Po kontroli bezpieczeństwa oraz granicznej, udałem się jeszcze do sklepu w strefie bezcłowej, żeby się zaopatrzyć w Żubrówkę czy jakiś inny alkohol w dobrej cenie. Zawsze miło jest poczęstować lokalsów takim polskim wyrobem, ewentualnie zostawić taki prezent w rękach wyjątkowo sympatycznej recepcjonistki. ;) Do Wietnamu można wwieźć do 1,5 litra mocnego alkoholu. Trzeba tylko pamiętać, żeby przy zakupie w bezcłówce okazać kartę pokładową zarówno na lot do Dubaju (czy gdzie tam się przesiadamy), jak i na lot do miejsca docelowego, żeby zapakowali i odpowiednio oznaczyli taki zakup. Inaczej na przesiadce (i ponownej kontroli bezpieczeństwa bagażu podręcznego) byłby problem z wniesieniem butelki/butelek na pokład. 

Po zakupach dotarłem pod odpowiednią bramkę. Boarding na lot do Dubaju rozpoczął się o 12:50 i przebiegał sprawnie. „Wylosowane” miałem miejsce numer 46B, czyli na samym ogonie dwuklasowego Boeinga 777-300ER (zaznaczone na poniższym schemacie).

Fotele w klasie ekonomicznej tego Boeinga w barwach Emirates są w większości w konfiguracji 3-4-3. Jednak z uwagi na zwężający się kadłub samolotu, kilka ostatnich rzędów ma tylko po 2 fotele z każdej jego strony. Pierwszym z nich jest właśnie rząd 46. Małą tego wadą, jest to że fotele w takim podwójnym rzędzie nie znajdują się centralnie za fotelami z potrójnego rzędu. Są lekko przesunięte do środka maszyny. Przez to system rozrywki pokładowej widzimy lekko po ukosie.

Miejsca A oraz K w podwójnych rzędach są też trochę bardziej odsunięte od okna niż normalnie – jest więc więcej miejsca na bagaż podręczny, ale nie będzie za to jak się oprzeć i spać. 

Ostatnie rzędy są dość blisko toalet (szczególnie te po lewej stronie samolotu, czyli miejsca A i B), ale nie było to w żaden sposób uciążliwe.

Na samym ogonie samolotu znajduje się jeszcze obszerna kuchnia, więc w trakcie lotu nie ma się dalekiej drogi, żeby sobie zamówić jakieś drinki.

Według opinii na SeatGuru fotele w tych podwójnych rzędach znajdują się trochę wyżej nad podłogą, co może być niewygodne dla niskich osób. Ja do takich osób nie należę, ale w ogóle też nawet i nie zauważyłem, żeby była jakaś różnica w wysokości.

Ilość miejsca na nogi

Zdecydowanie zauważyłem natomiast duży i wyraźny, dotykowy ekran system rozrywki pokładowej ICE oraz znajdujący się pod nim wyjmowany pilot, który także posiadał wyświetlacz. Samolot, którym leciałem miał zaledwie 3 lata, co było widać i czuć właśnie też i po elektronice w środku. 

Jako że po mojej prawej stronie nie było miejsca siedzącego, to nie było też i systemu rozrywki na plecach fotela przede mną po prawej. Trochę szkoda, że nie było tam nawet i chowanego stolika, bo taki dodatkowy mógłby się czasem przydać. 

Na każdym fotelu klasy ekonomicznej na pasażera czekała poduszka, kocyk oraz nauszne słuchawki.

Około pół godziny po rozpoczęciu boardingu, czyli o 13:20, samolot rozpoczął kołowanie. Załoga rozdawała menu lunchowe oraz zabawki dla dzieci. W pół do drugiej wzbiliśmy się w powietrze. 

O godz. 14:20 rozdano posiłki specjalne, a parę minut później zaczęto wydawać lunche. Tak przynajmniej było w poprzedzającej naszą strefie, czyli dla rzędów od 23 do 36. 

Minęło już jakieś pół godziny i powoli zaczynałem się niecierpliwić i robić głodny, a nie było widać jedzenia na horyzoncie. Przynajmniej w naszej strefie, bo w tej wcześniejszej to już serwis pokładowy nawet zdążył opróżnić cały wózek i wymienić go na nowy. U nas dopiero pojawiła się stewardessa rozdająca napoje.

Zacząłem już w myślach narzekać na miejsce na samym ogonie i nastawiać się na kolejne pół godziny czekania jedynie nosem wyczuwając dochodzące z przodu samolotu aromaty, a tu jednak zaskoczenie. Zaczęto w końcu z tylnej kuchni rozwozić posiłki. Widocznie mieli w niej jakieś opóźnienie.


Na lunch do wyboru był kurczak w sosie grzybowym z purée ziemniaczanym i warzywami na parze lub duszona wołowina z zapiekanką ziemniaczaną oraz brokułami. Do tego sałatka kukurydziana (a raczej fasolowo-kukurydziana) oraz deser – jabłkowo-jeżynowe „crumble”, czyli zapiekane owoce z kremem i kruszonką na wierzchu. W skład lunchu wchodziła jeszcze puszysta bułka, masło, kawałek sera, krakersy oraz woda.

Nie wiem czy to już tak głód przeze mnie przemawiał, ale jedzenie na pokładzie było naprawdę świetne! Szczególnie ta wybrana przeze mnie wołowina, która była mięciutka i szybko zniknęła, szczególnie w parze z czerwonym winem. A co do samych win – nie były one już serwowane w małych buteleczkach, tak jak na moich poprzednich lotach Emirates (#1, #2), a jedynie załoga nalewała wina z dużych butelek.

Sałatka na zimno również była bardzo smaczna, a i deser całkiem ok. Jadło się metalowymi sztućcami, a w nie ubrudzeniu się pomagała duża serwetka.  

Deser popiłem Amarulą, czyli pochodzącym z RPA likierem z owoców maruli oraz śmietanki. Bardzo podobny w smaku do irlandzkiego Baileysa, którego na pokładach samolotów Emirates ten afrykański trunek zastąpił.

Wróciłem do oglądania filmów, aż do czasu gdy cały system ICE nagle „wysiadł” i ekrany w całym samolocie się powyłączały. Na szczęście wszystko wróciło do normy jakieś 10 minut później i mogłem kontynuować te niezobowiązujące komedie. :)

Lot przebiegał bardzo spokojnie i bez żadnych turbulencji, pomimo tego, gdzieś na godzinę, włączona została sygnalizacja zapięcia pasów. Bardziej to wyglądało na zaplanowany odpoczynek dla załogi pokładowej, no ale może tylko mi się tak wydawało. ;) 

Jakiś kwadrans po godzinie 17:00 czasu polskiego rozdano przekąskę. W menu brzmiała ona ciekawie (cajun chicken sandwich), w rzeczywistości jednak okazała się taką sobie kanapką z kurczakiem (na zimno). Sekundę później przeszedł też serwis z kawą/herbatą/sokami.

O godz. 18:00 kapitan podał informację, że niedługo rozpoczniemy zniżanie. O 18:46, a raczej o 21:46 czasu lokalnego, wylądowaliśmy na lotnisku w Dubaju, czyli jakieś 20 minut przed czasem. W sumie więc lot trwał ok. 5:15h.

Trasa lotu wyglądała tak jak poniżej,chociaż nie przypominam sobie takiej gwałtownej nawrotki nad Turcją. ;) Ciekawe też, ze lecieliśmy nad Irakiem, a nie Iranem.

Podawano również najbliższe połączenia na lotnisku w Dubaju oraz informacje z której bramki dany lot odlatuje.

Samolot zatrzymał się z dala od terminalu, a więc wychodziliśmy nie przez rękaw, a schodkami do autobusów, ale przynajmniej dzięki temu można było przez chwilę poczuć gorące dubajskie powietrze, które było miłą odmianą od zimowego warszawskiego.

Lotnisko Dubai International jest ogromne, a świadczyć o tym może chociażby to, że dotarcie od samolotu pod odpowiednią bramkę na kolejny lot zajęło mi prawie 45 minut.

Jeszcze w samolocie pokazywała się informacja, że lot do Hanoi będzie z bramki B20, jednak na tablicach na lotnisku okazało się, że to jednak gate C18.

Jak już w końcu tam dotarłem (ok. 22:30), usiadłem naprzeciwko tej bramki i czekałem na kolejny lot, który miał odlecieć dopiero za 5 godzin. Koło mnie były akurat dostępne porty do ładowania telefonu, z czego skorzystałem. Dzięki darmowemu wi-fi dowiedziałem się, że zostałem przyjęty na kolejny lot!

Była to świetna wiadomość, szczególnie dlatego, że Emirates ma zaledwie jeden lot dziennie pomiędzy Dubajem a Hanoi. Musiałbym więc inaczej czekać 24h na kolejny i organizować sobie jakiś nocleg w Emiratach.

Z uwagi na niepewne bilety standby, dopiero wtedy, czekając na lot, zacząłem szukać jakiegoś hotelu na pierwszą noc w Wietnamie.


Lot EK394: Dubaj – Hanoi (DXB - HAN)

Lot Emirates z Dubaju do Hanoi planowany był na godzinę 3:30 i miał potrwać równo 6 godzin. Kwadrans po drugiej w nocy rozpoczął się boarding. Początkowo jednak przechodziło się jedynie do kolejnej poczekalni, mocno klimatyzowanej, a właściwy boarding (najpierw dla pasażerów klasy biznes oraz posiadających wysoki status członkowski w Emirates Skywards) zaczął się pół godziny później.

Miałem miejsce o numerze 23G na środku samolotu. Tuż przed ścianką i toaletami, na skraju środkowego rzędu siedzeń składającego się z 4 foteli. 

Jest tam bardzo dużo miejsca na nogi. Przeważnie są tutaj (oraz w rzędach 8, 9 i 37 przy takiej samej konfiguracji samolotu) sadzane osoby podróżujące z niemowlęciem, ponieważ w ściance jest możliwość zawieszenia specjalnego łóżeczka dla dziecka.

Na szczęście żaden noworodek obok mnie nie podróżował, a nawet i było jedno miejsce wolne po mojej lewej stronie. Miałem więc pod dostatkiem wolnej przestrzeni.

Wadą takiego miejsca jest to, że podczas startu czy lądowania raczej nie można mieć pod nogami swojego bagażu. Poza tym, zarówno stolik, jak i ekran są chowane w podłokietnikach, więc startując czy lądując nie mamy również dostępu do systemu rozrywki pokładowej.

Do tego niektóre osoby w trakcie lotu lubią sobie przechodzić z jednej strony samolotu na drugą, właśnie tamtędy, tuż przed twoimi nogami. Pod tym względem lepszy jest środkowy rząd 37., przed którym znajduje się przechodnia kuchnia pokładowa, a nie tylko toalety.

Ewentualnie może się przydać niska pasażerka, która będzie siedzieć trzymając nogi na pojemniku z gazetkami przed sobą, zamiast na podłodze. Taki widok zasługuje niby, żeby się pojawić na stronie „Passenger Shaming”, jednak z drugiej strony taka pozycja dobrze blokowała ruch przed naszym rzędem. ;) 

Z ciekawostek mogę dodać, że po powrocie do domu, jak sprawdziłem historię swoich lotów, to po numerach rejestracyjnych samolotów zauważyłem, że rok wcześniej leciałem dokładnie tą samą maszyną na trasie Warszawa – Dubaj, tyle że na miejscu 24G, czyli tuż za fotelem na którym siedziałem na tym locie. Prawdopodobieństwo tego (przy 132 Boeingach 777-300ER znajdujących się we flocie Emirates i jakichś 385 miejscach w klasie ekonomicznej każdego z nich) chyba nie jest zbyt wysokie, ale niezbyt już cokolwiek pamiętam z zajęć z rachunku prawdopodobieństwa, więc niestety nie potrafię już go obliczyć. :D

Ok. 3:25 samolot zaczął kołować, a o 3:50 wystartowaliśmy. Osoby siedzące po lewej stronie maszyny musiały mieć świetny widok na Burj Khalifę.

Menu na tej trasie jest dość skromne. Najpierw dostaje się kanapkę, a dopiero rano śniadanie. Lecąc Emiratami z Warszawy do Wietnamu raczej polecam wziąć ze sobą jakieś przekąski lub zjeść coś na lotnisku w Dubaju. Przy takim rozkładzie lotów to po ponad 5 godzinach w powietrzu i potem jeszcze ponad 5 godzinach czekania na kolejny lot, człowiek robi się głodny!

Szczególnie, gdy podana o 4:35 wraz z kawą/herbatą/sokiem „smoked turkey sandwich” okazuje się taka sobie.

Cabin crew potem jeszcze gdzieś na godzinę zupełnie zniknęło z widoku, ale gin z tonikiem udało się zamówić. Tak swoją drogą, to cola i inne napoje nie były już podawane w małych puszkach, a jedynie nalewane z butelek (podobnie jak wino). Tylko właśnie jeszcze tonik się uchował w miniaturkach. Nie rozdawano też już precelków ani innych przekąsek. Na tym locie można było jednak sobie zamawiać zupkę instant w dowolnym momencie lotu.

Lekko się zdrzemnąłem, a tuż po godzinie 7:00 roznoszone były śniadania. Na ciepło do wyboru był: omlet z serem lub krewetkowe congee, czyli taki azjatycki kleik ryżowy. Wybrałem to pierwsze, bo ta ryżowa „owsianka” ani dobrze nie brzmiała ani nie wyglądała (u pasażerki 2 siedzenia dalej). Na pewno dobrze zrobiłem bo omlet był bardzo smaczny, podany z gotowanym szpinakiem z kukurydzą oraz krokiecikami ziemniaczano-warzywnymi.

Do tego były jeszcze owoce sezonowe, jogurt morelowy oraz świeży rogalik francuski z masłem i dżemem.

Lot przebiegał spokojnie, jednak przed godz. 8:00 zaczęły się lekkie turbulencje, które potrwały w sumie z 10 minut. 

Po 8:40 podano informację o rozpoczęciu zniżania, a o 9:20 (12:20 czasu lokalnego), czyli 10 minut przed czasem, wylądowaliśmy na lotnisku Noi Bai w Hanoi. Lot trwał więc 5:30h.

Po jakichś 10 minutach kołowania zatrzymaliśmy się tuż przy terminalu i rękawem opuściliśmy samolot. Immigration przebiegło wręcz błyskawicznie, jedynie na walizkę musiałem dość długo potem jeszcze czekać. Na lotnisku w Hanoi dostępne było jednak darmowe wi-fi, kontakty do ładowania sprzętu czy nawet kraniki z wodą do picia. I to przy pasach bagażowych.

O 13:15 w końcu odebrałem swoją walizkę, którą się zresztą zainteresowali jacyś rodacy, bo jak się okazało, ich walizka też była marki Puccini, też w niebieskim kolorze i do tego jeszcze tego samego modelu, tylko trochę mniejsza. ;) 

W sumie więc moja podróż z Warszawy do Hanoi trwała trochę ponad 18 godzin - od boardingu ok. godz. 13:00 na lotnisku Chopina aż do odebrania walizki po 13:00 (wietnamskiego czasu, czyli w sezonie zimowym 6 godzin do przodu w stosunku do polskiego) na Noi Bai. Wprawdzie musiałem jeszcze przeznaczyć jakąś godzinę-półtorej na dostanie się autobusem (i kawałek Grabem, czyli azjatyckim Uberem) z lotniska do miasta, więc ostatecznie zameldowałem się w pierwszym hotelu (a właściwie to apartamencie AirBnb) tuż przed godz. 15:00. 

Tym samym zaczęła się moja wietnamska przygoda i poznawanie tego kraju głównie od strony kulinarnej. Nawet i hotele zeszły na drugi plan, chociaż ostatnie noce w Hanoi spędziłem w chmurach – na 65. piętrze hotelu InterContinental Hanoi Landmark72, a w Ho Chi Minh odwiedziłem należący do Design Hotels 4-gwiazdkowy hotel Bach Suites Saigon.


W kolejnych postach opiszę jeszcze swoje loty krajowe po Wietnamie linią Jetstar Pacific oraz powrotny lot do Polski z Sajgonu na pokładzie Emirates, który, jak wcześniej wspomniałem, nie odbył się bez przygód. Zapraszam! :)


Kliknij, jeśli podobał Ci się wpis:

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza